Cztery wysokie drzewa widzi z okien domu. A na trasie Warszawa-Gdańsk ma swoją ulubioną brzozową alejkę. Gdy tamtędy przejeżdża, zatrzymuje samochód, żeby pospacerować. Przyroda dodaje jej sił. W dużym domu od niedawna mieszka sama z siedmioipółletnim synem Aleksem.

Aleks jest dojrzały i poważny, trochę melancholijny. Pyta o sprawy trudne, na przykład o śmierć. Buduje ładne zdania i ma zdolności manualne. Ale choć rozgryza techniczne zawiłości zabawek przeznaczonych dla nastolatków, boi się zasypiać sam. Prosi, żeby przy nim posiedziała (,,Mamo, Wybacz”). Raz tylko był na koncercie, hałas go przeraził. Urodził się pod znakiem Ryb z Bliźniętami w ascendencie. Dwa podwójne znaki mają dla Edyty (Koziorożca), interesującej się astrologią, szczególną wymowę. Wydaje jej się, że synek został obdarzony już od narodzin niezwykłą mądrością życiową. Stara się być dla Aleksa kimś najważniejszym. Chce, żeby przychodził do niej z każdym problemem. Ona z kłopotami szła do obcych, nie do rodziców.

Dziś ma wrażenie, że krzywdziła mamę i ojca. Nie pojmowała, dlaczego, pozwalając na dużo swobody, nagle zabraniają iść na jakiś trening. Oboje byli w Warszawie przybyszami, układali sobie życie, ciężko pracując. Była dzieckiem z kluczem na szyi, spędzającym popołudnia na podwórku. A kiedy miała ochotę odwiedzić koleżankę w Berlinie, wsiadała w pociąg i po prostu do niej jechała. Wtedy uważała to za naturalne, nie myślała, że ktoś się o nią boi. Teraz rozumie, bo tracąc synka z oczu, odczuwa strach. Rozumie też, jaki zawód sprawiła rodzicom, rezygnując ze studiów (handel zagraniczny). To był strasznie oblegany kierunek, a ona odeszła tuż przed dyplomem, żeby śpiewać. Koledzy z roku patrzyli jak na szaloną podśmiewali się za plecami. Trzeba było dużo determinacji, żeby znieść ironiczne spojrzenia i pretensje rodziny. Ze studiów przydała się tylko dobra znajomość angielskiego. Uczyła się jeszcze w liceum, szkole z tak zwanym rozszerzonym językiem. Nie miała specjalnych kłopotów z nauką. Intensywnie trenowała siatkówkę i tak się złożyło, że dyrektor i matematyk w jednej osobie był sędzią bocznym. Lubiła sport, oprócz siatkówki uprawiała łyżwiarstwo. Jest dobrym kierowcą, udzielała nawet wywiadów, jednocześnie prowadząc samochód.

Długo czekała na sukces. Dwie pierwsze płyty to była trudna muzyka, w dodatku śpiewała po angielsku. Myślała, że skoro wszyscy słuchają zachodnich piosenek, nikomu nie będzie to przeszkadzało. Jednak przeszkadzało. Okazało się, że słowa oddziaływują na ludzi najmocniej. Interpretują je czasami w zaskakujący sposób. ,,Ostatni” rozumiano nie tylko jako pożegnanie miłości, ale również pożegnanie ze zmarłym rodzicem. Po wysłuchaniu “Jenny” młodzi chłopcy pisali: ,,To moja historia”.

Mimo wszystko Edyta uważa się bardziej za kompozytorkę niż autorkę tekstów. Muzyka zawsze powstaje pierwsza. Przychodzi lekko, z łatwością i w obfitości. Jest jak pisanie pamiętnika. Kiedy bierze gitarę do ręki, ciało opuszcza zła energia. Na gitarze gra od dziesiątego roku życia. Nigdy nie poznała nut i nie zamierza ich poznawać. W szkołach muzycznych ludzie uczą się następstw, akordów, rozwiązań harmonicznych. Szkoła jest dla wszystkich. Ona wypracowała własną oryginalną frazę, której nie chce stracić przez muzyczną edukację. Układanie słów nie przychodzi już z taką łatwością. Przy komponowaniu śpiewa sobie w języku ,,ugrofińskim angielskim”. Dużo słów, wpadających wtedy w ucho, zostaje, i wokół nich powstaje reszta. Tak było z imieniem Jenny. Miękkim, o schizofrenicznym zabarwieniu. Słowo-pestka, wokół której narasta miąższ. Nie uważa, by jej teksty, w przeciwieństwie do muzyki, odznaczały się szczególną oryginalnością. Prawdziwymi poetami są Kasia Nosowska i Maciek Maleńczuk z Homo Twist. Ona posługuje się słowem już odkrytym. Chciałaby, jak Woody Allen i Chaplin opowiadać o rzeczach ważnych bez nudzenia. Przeżyła kilka bolesnych wydarzeń, które wyostrzyły wrażliwość. Wydawała się sobie uodporniona czuła, ze doszła do kresu. Że nic nie może dotknąć bardziej. To nieprawda. Ból przekraczał granice przyzwyczajenia, sięgał coraz głębiej. Dlatego nie będzie nigdy w stanie napisać sezonowej piosenki, ale z drugiej strony nie ma zamiaru być kojarzona z cierpiętnictwem. Chętnie tworzy teksty autoparodystyczne. Podstawą zawsze musi być absolutna szczerość. Głos obnaża ludzi, zdradza fałsz. Zaobserwowała na przykład, że wiele zespołów śpiewa o agresji, bo to modny temat, ale żadnej agresji w nich nie wyczuwa.

Kiedyś bardziej interesowało ją, jak Edytę Bartosiewicz postrzegają inni. Zdarzało się, że publiczny wizerunek kształtowano nie po jej myśli. Nieświadomie dawała mediom preteksty do fałszywych wniosków. Gdy ścięła włosy na zapałkę, przedstawiano ją jako twardego faceta trzymającego zespół za pysk. Przy promowaniu albumu ,,Szok and show" poszła za bardzo w kreacje. Nosiła zwariowaną fryzurę typu ananas i błyszczące kolorowe marynarki, dopóki nie zrozumiała, że w gruncie rzeczy jest osoba prostą i źle się czuje z udziwnieniami. Podkreśla, że nikt jej tego nie wciskał na siłę. Sama chciała. Próbuje wielu rzeczy, inaczej czułaby się uboga w doświadczenia. Sięgała po różne używki, z wyjątkiem tych najsilniejszych, jak LSD czy heroina, których się bała. Doszła do wniosku, że narkotyki przeszkadzają i zabierają naturalną energię. Podobnie jest z alkoholem, więc zrezygnowała ze sztucznego podkręcania się. Używki dane jej przez Boga to syn i muzyka.

Obecny rok jest rokiem przełomu. Zamieszkała sama, musi liczyć tylko na siebie. Nagle dotarł do niej realizm codzienności. Na różne sytuacje zaczęła reagować inaczej. Jeszcze kilka miesięcy temu bała się latać samolotami. Teraz nawet awarię wentylacji na pokładzie przyjmuje ze spokojem. Dawniej, gdy utknęła w korku na moście, ogarniał ją strach, że most spadnie do wody. Dziś cierpliwie czeka. Ale wcale nie jest pewna czy paranoje nie powrócą. Stoi na rozdrożu i niczego nie wie na sto procent. Niedawno przeczytała ,,Alchemika" Paula Coelho i następnego dnia wstała odrodzona. Spodobała jej się teoria, że kosmiczna energia pomaga osiągnąć spokój i życiowy cel. Zawsze przeczuwała istnienie świata pozazmysłowego. Stąd fascynacja astrologią, numerologią i chiromanią. Błyskawicznie nawiązuje kontakt z ludźmi. Czyta z ludzkich dłoni, raz ku swemu przerażeniu zobaczyła na czyimś ręku znak mordercy. Ma szczęście do osób, które opowiadają jej intrygujące historie ze swojego życia. Zostają bohaterami jej piosenek. Inspirację czerpie także z listów fanów.

Nie lubi słowa fan. Woli: ludzie słuchający jej muzyki. Ona i oni działają na zasadzie naczyń połączonych, są potrzebni sobie nawzajem. Dają jej chleb, ale najważniejsze jest to, że należą do wspólnego kręgu wrażliwości. Dlatego po występie, choć pada ze zmęczenia, rozdaje bez zmrużenia oka kilkaset autografów. Gdyby zaczęła zachowywać się wyniośle, byłby to początek końca. Wyczuwa też, kiedy ktoś ma do niej negatywne nastawienie i chętnie podejmuje dyskusję. Nigdy nie zdarzyło się, by na jej koncercie zrobiono zadymę. Słucha dużo muzyki (na płyty wydaje masę pieniędzy), więc w gruncie rzeczy sama jest fanem. Choćby grupy Pearl Jam i jej wokalisty Veddera. Po ich występie w Warszawie poszła z kolegami do Bristolu i nagle przeczucie: ,,Słuchajcie, za kwadrans przyjdzie tu Eddie Vedder” I rzeczywiście, przyszedł. Usiadł, nawet na nią nie spojrzał, z daleka krzyknęła, że koncert był wspaniały. Nie podeszła poprosić o autograf. Wydawało jej się, że sam powinien wyłowić ją wzrokiem. Ale cud się nie zdarzył. Potem przez kilka nocy miała niesamowite sny z Vedderem w roli głównej. Dzisiaj mówi, że była wtedy trochę bardziej histeryczna.

Sława jej nie imponuje. W cytowanych z nabożeństwem wypowiedziach mistrzów często nie znajduje niczego dla siebie. A potem otwiera telewizję i w sondzie ulicznej szary Jan Kowalski mówi coś, co nie daje spokoju. Coś, co mogłaby uznać za własne motto życiowe. Przyjaciół nie dobiera na zasadzie kolekcjonowania głośnych nazwisk. Prywatnie spotykała się z Kayah którą lubi i ceni. Przyjaciółki są trzy. Pierwsza - znakomita wizażystka, maluje ją do teledysków i sesji zdjęciowych. Druga - mieszka w Turynie i jest piękna. Trzecia - ciepła gospodyni domowa z talentem kulinarnym.

Pracuje nad nową płytą ,,Wodospady łez”. W jednej z piosenek śpiewa: ,,Bo taki sens w kochaniu jest, że choć miejsca brak dla spalonych serc, kochanie, ja też, kochanie, ja tez spłonąć chcę”. Gdy miała 18 lat, przeżyła straszliwe rozstanie. To miała być szczepionka na miłość. Potem okazało się, że u niej wielkie uczucie zawsze równa się szaleństwu. Wie, że zapłonie jeszcze raz. Za każdym razem, gdy ukazywał się nowy album, zmieniała image. Nie ma jeszcze pomysłu, co zrobi, promując ,,Wodospady łez.” Może przefarbuje włosy na pomarańczowo. A może nie? Przecież sama mówi, że teraz nie wie niczego na sto procent.