Pierwszy raz spotykamy się na Rynku Nowego Miasta w letni dzień. W kawiarni pod parasolami wszyscy piją zimne piwo. Edyta oryginalnie gorącą kawę popija zimną colą. Mimo upału jest w czarnych dżinsach i w skórzanej kurtce, tej z teledysku "Jenny." Kupiła ją na Candem Market w Londynie. – Sorry, byłam u dentysty – wyjaśnia swój brak entuzjazmu. Wiem, że jest nieufna i niecierpliwa. Boi się, że się śmiertelnie znudzi moimi pytaniami, swoimi odpowiedziami, układaniem własnej biografii. – Mam pierwotny instynkt, jak zwierzę. Niesamowicie czuję ludzi. Ich aurę i energię. Wyczuwam komu mogę zaufać, a z kim muszę walczyć do upadłego.

Wojownik z wypielęgnowaną twarzą niewiniątka, które przyznaję się, że kłamie, że popada w depresję i tonie w wodospadach łez – dziwię się. Ale Edyta obok smutku i bezradności, o których śpiewa, ma twardy, męski charakter i silną osobowość. Mimo impulsywności potrafi być zawzięcie konsekwentna. Zwłaszcza kiedy w grę wchodzi atrakcyjny wygląd. Jak żadna inna wokalistka w Polsce przeszła wiele metamorfoz: od awangardowej brunetki, nastrojowej balladzistki do odważnie wytatuowanej psychodelicznej gwiazdy. Przez ostanie trzy lata ostro pracowała nad sobą. Z szalonej rockowej wokalistki przy kości, z fioletowymi włosami na jeża zmieniła się w wyszczuploną blondynkę. Taką z melancholią na twarzy i potężną dawką wiary, że może się podobać mężczyznom.

Zrezygnowałam z piwa, chociaż bardzo lubię, i z objadania się wieczorami. Intensywnie ćwiczyłam w siłowni, grałam w siatkówkę. Schudłam, wyluzowałam się i złagodniałam. Naprawdę dopiero od niedawna polubiłam swój wygląd.

Edyta pali papierosy i przekonuje mnie, że od kiedy pamięta, zawsze miała problemy z nadmiarem energii i brakiem wiary w siebie. Była tak niepewna, że aż agresywna. Wszystko negowała. Ciągły bunt i rozpacz. To nadal słychać w jej największych przebojach: schizofrenicznym "Śnie" (To jest mój sen, ten sen przeraża mnie), desperackim "Koziorożcu" (Niech rani mnie mocniej, niech rani mnie aż do krwi) i psychodelicznym "Szale." – Nie łudź się, że powiem ci o sobie całą prawdę – mówi nagle poważnie. – Nikt mnie nie zna. Są rzeczy, których nigdy nikomu nie zdradzę. Generalnie jestem szczera, mówię, co czuję. Ale często kłamię.

Oszałamia mnie Jej tempo picia coli i zaprzeczania sobie. W jednym zdaniu jest impulsywna i racjonalna. Wewnętrznie sprzeczna i zbuntowana. Jak jej "dziwnie rozpalona Jenny", bohaterka, z którą utożsamia się większość polskich undergroundowych nastolatek.

Pierwszą gitarę dostała od ojca w czwartej klasie za dobre stopnie na świadectwie. Ojciec był muzycznym samoukiem. Grał na akordeonie, a mama popisowo śpiewała przebój Angelii Zilii "Już późno, a nam wcale nie chce się spać”. To był towarzysko-muzyczny motyw jej dzieciństwa spędzonego przy ulicy Rewolucji Październikowej. Edyta była wtedy mocno "zagubioną dziewuszką”.

Płakałam na maksa. Myślę, że mogłam uchodzić za kogoś totalnie beznadziejnego. Ciągle czułam się nieszczęśliwa.

Kiedy rozmawiamy o czasach szkolnych, zasypuje mnie lawiną szczegółów: dom przy Wolskiej 113, klub Sarmata, w którym trenowała łyżwiarstwo szybkie (zrezygnowałam, bo nie kręcił mnie sport indywidualny i nie podobały mi się sylwetki łyżwiarek szybkich), mecze siatkówki, dokarmianie bananami w Robotniczym Klubie Sportowym, klasa matematyczno-fizyczna w Liceum im.Kopernika, w domu adapter Mister Hit i długogrające płyty szwedzkiej grupy Abba. Przychodziła ze szkoły, rzucała torbę i śpiewała na cały gaz przez kilka godzin. Po nagraniu przebojowej, ale smutnej płyty "Dziecko" nagle wszyscy zaczęli interesować się dzieciństwem Edyty. – Było normalne, ani słodkie, ani tragiczne. Najważniejsze, że musiałam sama dawać sobie radę. Rodzice pracowali, zarabiali na życie, mama w biurze, ojciec w fabryce. Wieczorami wychodzili lub bawili się ze znajomymi. Trochę świadomie, a trochę odruchowo, żeby zaspokoić media, zbudowała legendę dzieciństwa wspartą na trzech wspomnieniach: akordeonu ojca (miał zdolności muzyczne), pięknym głosie matki (szkoda, że zmarnowała talent, ale to były inne czasy) i własnym buncie (kłóciłam się z rodzicami i uciekałam z domu).

Zawsze ciągnęło mnie do muzyki. Ale czy ktoś bez muzycznego wykształcenia, kto nie zna nut i nie jest superekstrawagancki i może nagrywać płyty i myśleć o rockowej karierze? Wtedy nie mieściło mi się to w głowie.

Jedziemy razem do Olsztyna pod Częstochową na rockowy koncert i największy pokaz laserowych świateł i sztucznych ogni. Edyta prowadzi zieloną hondę civic (ten samochód wymyślili specjalnie dla mnie), jak gdyby urodziła się z tą umiejętnością. Zatłoczoną katowicką szosą jedziemy z prędkością ponad 160 km, a ona nieprzerwanie mówi o numerologii, którą kiedyś się interesowała, o snach, w których fruwa jak ptak, i o tym, że nie nadaje się do rodzinnego życia. Ma wypieki na twarzy. – Dopada mnie grypa – Edyta łyka dwie aspiryny i włącza kasetę U2 "Zooropa." – Kiedyś dawno usłyszałam ich i wpadłam w zachwyt. Wiem, że Bono jak Kandyd ma różne oblicza, ale jego głos jest jednocześnie sexy i ciepły, a ja jestem osobą, która lubi w muzyce usłyszeć czyjś ból. Czyste branie górnego C nie robi na mnie żadnego wrażenia. Czujesz?

Tak, czuję, że jest po stronie rozkręconych emocji i doświadczania na sobie wszystkiego, co poszerza percepcję i przyspiesza rytm. Z horoskopów, które kiedyś studiowała, dowiedziała się, że podobno w poprzednim wcieleniu była mężczyzną, który popełnił samobójstwo, skacząc do morza ze skał Normandii. To wyjaśnia jej lęk przed lataniem samolotami i skłonność do histerii. Edyta jest zachłanna na intensywne życie, szybkie obroty, na miłość, seks i liryzm. Ma podwyższony poziom adrenaliny w organizmie.

Wiem, że nie mam urody modelki i nie robię na facetach piorunującego wrażenia. Ale jestem czuła, a to działa jak bomba z opóźnionym zapłonem. Mężczyźni dojrzewają do mnie. Lubię seks, traktuję go naturalnie, bez żadnych bloków i zahamowań.

Jej wybuchowy temperament zawsze ścierał się z temperamentem matki. Obie są spod znaku Koziorożca. Z perspektywy lat wszystkie konflikty rodzinne Edyta ocenia łagodniej. Stać ją już na czułość. Kiedy osiem lat temu urodziła syna Aleksandra (mówi o nim Alek), odnalazła z matką nowe porozumienie. Dzięki jej pomocy może jeździć w trasy i pracować w studiu po 20 godzin na dobę, kiedy nagrywa płytę. Osiągnęła więcej niż jej rodzice. Często postępowała wbrew ich woli. W maturalnej klasie postanowiła jednak być posłuszną córką. Oni uparli się, że musi zdobyć konkretny zawód. Wybrała więc SGPiS. Na handel zagraniczny zdawała tylko dlatego, że kilku przyjaciół z klasy też zdawało na ten kierunek. Już na pierwszym roku okazało się, że statystyka i ekonomia nie działają na jej wyobraźnię. Przesiadywała z towarzystwem w kawiarni Zielona Gęś. – Miałam coraz większą paranoję, upijałam się koniakiem. Od tamtych czasów nie mogę patrzeć na brandy. Jej świat rozpadł się na dwie części – zewnętrzną, pozorną i lekką, oraz wewnętrzną, chorobliwie sienną i ciężką. Spała po 12 godzina na dobę.

To był zły czas. Straciłam poczucie kierunku. Błądziłam i śniłam. Miałam fantastycznie realne wizje, pełne harmonii i wewnętrznego ładu. Nie uczyłam się, nie chodziłam na zajęcia, z ludźmi też miałam słaby kontakt. Uciekałam w sen. Byłam niesamowicie zaskoczona, kiedy okazało się potem, że nie wszyscy tak śnią.

Po trzecim roku przerwała studia. Poleciała do Londynu z 90 dolarami w kieszeni. Pierwszą noc spędziła u dziewczyny poznanej w samolocie.

Była kelnerką w barach i klubach. Sprzedawała w sklepach z ciuchami i butami. Przekonała się, że ma talent do rozpoznawania gustów: czego ludzie szukają i co im może się spodobać. Umiała do każdego zagadać, wybrać dla niego coś specjalnego, zachęcić. Była na prowizji i chociaż pracowała pięć razy w tygodniu po cztery godziny, zarabiała całkiem nieźle. Błyskawicznie dorosła, kiedy właściciel butiku, Hindus w turbanie, ze złotymi paznokciami zamknął ją na kilka godzin w piwnicy. Przeżyła atak strachu, po którym straciła pięć kilogramów. W undergroundowych klubach nasłuchała się nowofalowej muzyki. W Music Tower, największym muzycznym sklepie na Piccadilly Circus, skompletowała wszystkie płyty Joni Mitchell, na której się wzorowała. Kiedy poznała muzyków z The Blue Airplanes (Niebieskich Samolotów), zaczęła jeździć z nimi na koncerty po całej Anglii. Jej pierwsze próby śpiewania jak Janis Joplin spodobały się. Śpiewała z gitarą na targu Portobello Road i w stacjach metra. Wtedy po raz pierwszy zaczęła zastanawiać się, jak dalej sobą pokierować. Zamieszkała w dużym domu na Chelsea u dziennikarza z Polski i myślała, że zostanie w Londynie na stałe. Chciała wyjść za mąż. W tym samym czasie oświadczyło się jej trzech przystojnych Anglików. Ale wtedy też poznała ludzi, którzy obiecali jej, że zdobędą pieniądze na nagranie w Polsce debiutanckiej płyty. Po pół roku wróciła do Warszawy i po kilkumiesięcznych próbach z ambitnym i bardzo awangardowym zespołem Holloee Poly nagrała dziko brzmiącą płytę "The Big Beat." – To była niemiłosiernie zakręcona muzyka. Kompletnie nie moja. Dziś słyszę na niej totalnie obcą, zagubioną osobę. "The Big Beat" przeszedł bez większego echa (niektórzy uważają go za najlepszy album polskiej nowofalowej muzyki). Podobnie sukcesu nie odniosła druga, łagodna i stylizowana na amerykańskie balladowe klimaty płyta "Love." Polscy fani nie rozumieli napisanych po angielsku oryginalnych tekstów Edyty. Dopiero nagrany w 1994 roku "Sen", Jeden z najbardziej przebojowych albumów rockowych tamtych lat, zrobił z Edyty, obok Kasi Nosowskiej i Heya oraz Kasi Kowalskiej, prawdziwą gwiazdę małego, ale wtedy bardzo ekspansywnego Studia Izabelin.

Na parkingu przed McDonaldem pijemy herbatę z papierowych kubków. Edyta opowiada o pełnym łez spotkaniu z Anną Dymną w księgarni Odeon przy krakowskim Rynku. Aktorka podpisywała tam swoją książkę, a Edyta obok w stoisku muzycznym skończyła właśnie podpisywać płytę "Dziecko". W czarnych okularach na nosie ustawiła się w kolejce do Anny Dymnej. Kiedy stanęła z nią twarzą w twarz, nagle rozpłakała się jak mała dziewczynka. Dlaczego? Z podziwu dla jej aktorstwa, dobroci i kobiecego ciepła. Także z rozczulenia nad sobą. – Wzruszam się i wyrzucam emocje w łzach. Gdybym je w sobie dusiła, na pewno zwariowałabym. Uspokajam się, łzy mnie oczyszczają.

Wjeżdżamy na rynek prowincjonalnego Olsztyna, w którym rockowa atmosfera przypomina tę z Jarocina z najlepszych czasów. Nastolatki w bojówkach i grubych buciorach rozpoznają Edytę i krzyczą za nami: Jenny! – O kim napisałaś tę piosenkę? – pytam, kiedy skręcamy w szeroką bitą drogę prowadzącą do ruin zamku. – O sobie i o najbliższej mojej przyjaciółce, która ma kłopoty z wrażliwością. Jest artystką makijażu, uduchowioną, trochę nie z tego świata. Studiowała pedagogikę. Wymyśliłam dla niej imię Jenny, bo ma dla mnie ciepłe wibracje. Kojarzy mi się z łagodnością i zagubieniem. Na świecie jest wiele takich Jennies jak ona, ja i kilka innych osób. Znam też paru takich facetów.

Docieramy na miejsce koncertu i zaczyna mżyć. Edyta przebiera się w namiocie przeznaczonym na garderobę. Widzę w lustrze jej zmęczoną twarz.

Boję się starości, mam 32 lata i potrafię wyobrazić sobie, co przeżywa czterdziestoparoletnia kobieta. Strach przed zmarszczkami. Refleksje. Ciężko ukręcić z tego rockandrollowy czad. Kiedy wychodzi na scenę, potężnie leje deszcz. Mimo to ponad godzinę gra i śpiewa na pełnych obrotach.

Jej piosenki zna cała Polska. Łatwo wpadają w ucho, chociaż nie są ani proste, ani oczywiste. Mają przebojową melodyjność z awangardową rysą i drugie liryczne dno. Kiedy Edyta śpiewa swój wielki przebój "Ostatni”, dwie pary w nieprzemakalnych kurtkach tańczą na mokrej trawie. Rozglądam się wokół: zimny deszcz, ostygłe głowy, podrygujące rytmicznie ciała. Bez entuzjazmu. – Miałam taką jazdę, a wokół letnia plaża. Nie czuli tego co ja? – dziwi się. Ma rozkrwawione od strun palce i rozmazany pod okiem tusz. Muzycy z zespołu mówią, że zawsze wygląda tak po koncercie. Wypalona, zmęczona, wyczerpana. Zastanawiam się, ile ma twarzy. Na scenie jest sentymentalna, wiarygodna i czuła. Poza nią bywa ostra i krytyczna. Wygląda to tak, jak gdyby swoją nadwrażliwość, która ujawnia się, kiedy śpiewa, tuszowała agresywnym stylem bycia. O północy w hotelu jemy późny obiad: frytki z befsztykiem. Edyta w skórzanej kurtce, przemoknięta, szczęka zębami. – Dopiero teraz jest mi totalnie dobrze – mówi. A ja nie wiem, czy myśli o gorącej herbacie, którą pijemy, czy o sukcesie płyty "Wodospady łez", który ugruntował jej niezależność.

Dopiero całkiem niedawno odważyłam się zaufać sobie. Nie swoim ucieczkom i kompleksom, ale temu, jaka naprawdę jestem, o czym myślę i co czuję.

Zimne piątkowe popołudnie, Edyta (wróciła właśnie z Wiednia, który wydał jej się nudnym miastem) zjawia się w kawiarni Nowy Świat na wysokich obcasach i w plastikowej niebieskiej kurtce. Zaskakuje mnie ta zmiana wyglądu. Właściwie powinnam się już przyzwyczaić, że jest jak kameleon: melancholijna, rozanielona, depresyjna, kobieca, bezpardonowa, bezradna jak dziecko i twarda jak facet. Często zmienia wygląd, nastroje i opinie. Kiedy kogoś nie lubi lub coś jej się nie podoba, mówi o tym wprost, bez znieczulenia.

Ważna jest uczciwość wobec siebie. Generalnie jest okay. Akceptuję siebie i swoją niezależność. Dla

8-letniego syna Aleksandra uczy się cierpliwości i opanowywania gniewu. – Nie chcę, żeby widział, jak wpadam w histerię. Ale ma dobry muzyczny słuch i talent do gier komputerowych. Edyta codziennie rano wyprawia go do szkoły i odbiera po lekcjach. Jak nigdy dotąd żyje z zegarkiem w ręku. – Nie nadaję się do życia rodzinnego. Wszystko niszczę. Ale gdyby nie Alek, nie miałabym najważniejszego punktu odniesienia.

O mężu Leszku Kamińskim, którego uważa za najlepszego w Polsce realizatora dźwięku, Edyta mówi niewiele. Rozstali się w sposób pokojowy. Poznali się, kiedy nagrywała debiutancką płytę z Holloee Poly. Miała wtedy 23 lata. Na pierwszą randkę, 1 listopada, umówili się na Powązkach. – Byłam zagubiona, próbowałam znaleźć coś swojego. Leszek też wtedy zaczynał pracę w studiu. Wspieraliśmy się. Zawsze imponował mi, bo jest perfekcyjny w tym co robi. W ciągu ośmiu lat małżeństwa przeżywali karkołomne skoki emocjonalne. Zaczynali wspólne życie od bezpiecznej anonimowości. Ale potem obydwoje stali się osobami publicznymi, nagradzanymi Fryderykami, fotografowanymi. Kłócili się nieustannie w studiu i w domu. Pracowali razem nad wszystkimi przebojowymi płytami Edyty. Cierpliwy kompromis nie mieścił się jednak w jej często ekstremalnie napiętej psychice. Od roku mieszkają osobno, ale wspólnie opiekują się Alkiem.

W kawiarni dopijamy czerwone wino Torres i jedziemy razem do wyremontowanego niedawno piętra willi w centrum Warszawy. W ogrodzie przed wejściem stare sosny, jak w Konstancinie, do którego Edyta często wyrywa się na kawę. Zwłaszcza kiedy chce być sama. Oglądamy modrzewiową podłogę w sypialni, łazienkę z oknem i owalną wanną i urządzony jak z ulubionego filmu Edyty "2001: Odyseja kosmiczna" hol z kosmicznymi światłami w suficie i starymi zabytkowymi meblami. W nowoczesnej kuchni, z szafkami z olchowego drzewa, Edyta nie gotuje zbyt wiele. – To się wkrótce zmieni – mówi i ustawia na kuchence garnek ze świeżym bobem.

Nie jesteś samotna? – pytam, kiedy parzy w kolorowych chińskich kubkach herbatę o cukierkowym smaku toffi.
Przyzwyczaiłam się. W dzieciństwie bałam się samotności, ale wiem, że jestem na nią skazana jak każdy Koziorożec. Czasami przeklinam, że jestem Koziorożcem.

Czego chcesz nauczyć Alka: kompromisu czy walki?
W chińskim horoskopie Alek to Koza, ustępliwa, bez siły przebicia. Będę go uczyła, żeby walczył o siebie. I żeby nie bał się wierzyć intuicji. Gdybym sama to kiedyś wiedziała, nie błądziłabym tak długo, aby dojść do tego, na czym zawsze mi najbardziej zależało. Do muzyki, wewnętrznego uspokojenia i wiary w siebie.

Edyta Bartosiewicz – szczerze:

Nie umiem: gotować (ale to się zmieni) i zapomnieć, że ktoś mnie zranił
Moje serce: czasami mam je na dłoni
Lubię: małomównych mężczyzn
Kiedyś byłam: bardzo zakompleksioną dziewuszką
Dziś jestem: nadal tą samą dziewczynką, ale mniej zagubiona i mniej agresywną
Boję się: głębokiej otwartej wody i słów bez pokrycia
Wolałabym: być młodsza i mieć dłuższe o 5 cm nogi.