Babskie gadanie

 

Ostatnio spotkałyśmy się w zeszłym roku na festiwalu w Sopocie. Siedziałaś ze swoimi muzykami na zielonej trawce, promienna, roześmiana, i szykowałaś się do swojego koncertu. Powiedz, co wydarzyło się w Twoim życiu. Najpierw, co u syneczka?

Synek jest już dorosłym mężczyzną. Ma 6 lat . Mały, zaskakujący człowieczek. Posiada jakąś niesamowitą, życiową mądrość, którą na mnie przelewa. Wielu rzeczy nauczyłam się od niego.

Czego się od niego nauczyłaś?

Innego spojrzenia na świat. Całe życie wydawało mi się, że moje spojrzenie, mój własny pryzmat jest jedynym istniejącym. Myślę, że ja go bardzo, bardzo kocham. Jeśli się kogoś bardzo kocha, jest się w stanie dla niego zmienić. Nie na tej zasadzie, że powiesz sobie: od dzisiaj się zmieniam. To wychodzi samo, to jest taka naturalna zmiana. Mam niesamowitą satysfakcję, że stałam się bardziej wyrozumiała, cierpliwa. Wydaje mi się, że Aleksy może być czynnikiem, który pomoże mi dłużej być pogodną w życiu. Sama myśl o tym ,że ma się dziecko, pozwoliła mi poczuć, że żyję już nie tylko dla siebie.

Opowiedz teraz o swojej muzyce, o nowej płycie. Słuchałam jej kilka razy. Uważam, że jest piękna, że Twoje teksty są coraz bardziej poetyckie, są tekstami coraz wyższej próby. W piosence „Jenny” opisujesz dziewczynkę. Która – odkąd sięga pamięcią – w jej życiu zawsze było coś nie tak. W niełasce, w ciągłym nieszczęściu, los bił ją na oślep...Ale ona zawsze za dużo widziała i zbyt mocno czuła. Czy ta Jenny to Ty?

Nie umiem pisać tekstu nie o sobie. Nawet jeżeli inspiracją jest coś lub ktoś z zewnątrz, nie uniknę przejścia przez własny filtr. Tutaj inspiracją była moja przyjaciółka, która jest osobą bardzo wrażliwą, uduchowioną. Dla niej pieniądze wcale się nie liczą. Ciężko się takiej osobie odnaleźć w dzisiejszych czasach.

Pamiętam, że Ty też byłaś taką osobą, w powłóczystych szatach, z gitarą, na bosaka, śpiewającą po angielsku na przekór wszystkim i wszystkiemu.

Nadal pieniądze nie są dla mnie jakimś wyznacznikiem. Pieniądz daje mi w pewnym sensie wolność. Jeżeli ktoś powie, że jest to złudna wolność, w takim razie złudne jest moje życie. Kiedy jednak zaczęłam pisać ten numer, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że historia Jenny dotyka mnie samej. I Jenny to też jestem ja.

Bo Ty przecież za dużo widzisz i zbyt mocno czujesz.

Tak, ta osoba, o której piszę, jest bardzo podobna do mnie, bardzo psychotyczna. Dobrze mi się z nią rozmawia i zawsze mamy sobie coś do powiedzenia. I właśnie dziękuję jej za inspirację do wielu innych rzeczy. Często było tak, gdy przebywałyśmy ze sobą, że wystarczyło jej jedno zdanie. Na zasadzie: słuchaj Edyta, czy nie uważasz, że... I padało jakieś stwierdzenie, niby oczywiste, ale ja tego wcześniej nie dostrzegałam. W momencie, gdy ona o tym powiedziała, zrozumiałam, że coś umknęło mojej uwadze.

Masz wiele przyjaciółek?

Myślę, że dwie, trzy.

To wystarczy. Mówisz – „jak pisałam numer”. Wolałabym, żebyś mówiła – jak pisałam wiersz. Wszystkie one są o jednym – o miłości. Tylko powiedz mi, dlaczego miłość zawsze boli i jest taka nieszczęśliwa. Pamiętam moją ulubioną balladę z poprzedniej płyty – „Zatańcz ze mną jeszcze raz...”. Posmutniałaś od czasów poprzedniej płyty. Zrobiłaś się głębsza, nostalgiczna, cierpiąca. Czy życie bardzo boli?

Czasami boli. Pytasz dlaczego miłość jest taka smutna? Mam na myśli szaloną, zaborczą, apodyktyczną panią, która nazywa się miłość. Tak, ona zabija na dłuższa metę, na początku daje ciarki, wewnętrzne rozedrganie, szerszą percepcję. Niesamowity stan. Piękniejsza twarz, ciało. Tylko potem prowadzi to do tego, że jedna ze stron staje się uzależniona, cierpiąca, a może też ekspansywna, zazdrosna. Prawdziwa, szaleńcza miłość jest, według mnie, destrukcyjna.

Czy lubisz tę płytę? Chyba jest tak, że ktoś, kto pisze piosenki, jedne kocha bardziej, drugie mniej. Potem pokazuje wszystkim te swoje dzieci i nagle jedziesz samochodem, odwozisz gdzieś małego i słyszysz siebie śpiewającą. I co?

Zawsze byłam osobą bardzo samokrytyczną i generalnie dostrzegam same wady w tym, co robię. W jakiś sposób jest to napędzające, ale z drugiej strony wkurza mnie. Chciałam dać sobie trochę luzu, dlatego płytę tę nagrałam na tak zwaną setkę. Nagranie w studiu, wszyscy muzycy grają jednocześnie, wszystkie instrumenty razem. Uniknęłam tego swojego chorego perfekcjonizmu. Gdy nagrywaliśmy oddzielnie każdy instrument, to słyszałam wszystkie niedociągnięcia. Gdy zagraliśmy cała piosenkę od razu – w tej kakofonii dźwięków – nie usłyszałam tych niedociągnięć. Bo generalnie chodzi o to, aby wszystko odbywało się naturalnie.

Generalnie chodzi o prawdę.

Tę płytę zrobiłam po to, aby samą siebie czegoś nauczyć. Nagrałam ją w sposób zbliżony do „live”. Grałam na drugiej gitarze i to też uważam za swój wyczyn i wniesienie czegoś do tej prawdy. Przestałam się bać, że nie jestem dobra technicznie, że nie jestem Jimmy Hendrixem, bo nigdy nim nie będę.

Nagrałaś naprawdę piękną płytę, a jesteś smutna. Masz naprawdę piękny kwiat za uchem, którym dodajesz sobie animuszu, ale jesteś smutna. Smutna... czy zmęczona?

Na pewno jestem zmęczona. Jestem tuż przed urlopem.

A poza tym chwyciłaś swoje życie w swoje ręce. Zaczęłaś sama promować swoją płytę.

Zostałam własnym menadżerem. Tak naprawdę zawsze nim byłam. Firmę i ludzi, z którymi pracowałam, umiałam przekabacić, aby zrobili to, co chciałam.

Często mówisz „nie” w życiu?

Tak. Ostatnio koleżanka powiedziała mi, że jestem osobą, która potrafi powiedzieć „nie”. Mówić „nie” potrafię od dawna. Nawet Alkowi. Nie chciałabym wychować go na człowieka, który ma wszystko i nie szanuje niczego. Chciałabym nauczyć go szacunku do pieniądza, zabawek, których ma tysiące, do rodziców.

Jesteś nadwrażliwa, chociaż czasami mówisz „nie”. Walisz pięścią, a tak łatwo Cię zranić.

Tak. Tylko że ja często nie dawałam tego poznać po sobie.

Szybko się zbierasz z takiego zranienia?

Zależy jaka była to rana. Kto ją zadał i w które miejsca.

A jakie rany najbardziej bolą?

Na pewno takie prosto w serce. I zadane przez kogoś, na kim mi zależy. Jestem osobą wystawioną na ranienie. Generalnie wiem, że nie wszyscy dziennikarze za mną przepadają. Już tego nie przeżywam. Osoby, z których zdaniem naprawdę się liczę, potrafią mnie zranić. I to nie musi być coś ostrego. Wystarczy, kiedy sama czuję, że mają rację. Jeżeli czuję, że ktoś nie ma racji, a do mnie mówi, to mnie to nie boli. On się przekona, że wyjdzie na moje – wcześniej czy później. Skoro jestem naturalna, nic złego nie zrobiłam, to nie może to się obrócić przeciwko mnie. Gorzej, gdy zdaję sobie sprawę, że ktoś kogo cenię, zauważył we mnie coś, co ja sama wiem, że jest złe.

Wtedy boli, ale starasz się poprawić?

Tak, staram się, a poza tym złagodniałam, bo zrozumiałam, że człowiek nie zawsze musi być na górze. Czasami dobrze jest się odbić od dna.

To niesamowite, że taki mały człowieczek, Twój syn, nagle może zmienić duszę, wrażliwość dojrzałej artystki. A z kim się jeszcze liczysz poza nim?

Mój mąż jest dla mnie autorytetem w różnych sprawach, chociaż na pewno mamy wiele konfliktów, jak to w małżeństwie bywa. Ale zawsze jest dla mnie autorytetem. Uważam, że to osoba, która mnie bardzo hamuje w życiu. On jest taki spokojny, jest osobą bardziej zachowawczą. Ja cały czas poszukuję. I on potrafi sprowadzić mnie na ziemię. To dobrze, bo inaczej może za daleko bym odleciała.

A Twoi rodzice, słuchają Cię, nauczyli się już troszkę muzyki?

Słuchają. Aczkolwiek wiem, że to dla mamy nie jest jakaś muzyka... Piosenka „Zatańcz ze mną jeszcze raz” jej się podobała. Mama ma niesamowity talent, który zaprzepaściła. Ma wspaniały głos. Wtedy były inne czasy, wielodzietna rodzina... Trzeba było walczyć o życie, o przetrwanie. Nie mogła się zrealizować.

Są dumni z Ciebie? I tak sobie myślą: no nasza Edyta, to jest Edyta!

Kiedyś uważali, że mi odbiło. Gdy zerwałam ze studiami byli na mnie bardzo źli.

I że zeszłaś na nienajlepszą drogę.

Wyprowadziłam się z domu, zerwałam ze studiami. Wydaje mi się, że bardzo się o mnie martwili i oczywiście wydawało mi się, że oni mnie nie rozumieją.

Ale dzisiaj mają już spokój i poczucie, że Edytka jest kimś. Odniosła sukces, jest gwiazdą.

Na pewno zaufali mi. Nabrali szacunku do tego, co robię. Nie odniosłam od razu sukcesu, więc na początku się bali. Jestem jedynaczką. Bali się, chcieli żebym miała dobrze w życiu, lepiej niż oni.

Gdzie jedziesz na urlop?

Chciałabym pojechać w Alpy.

W Alpy latem?

Tak, do Innsbrucka.

Dziwne. Nie lubisz morza, plaży?

Lubię, przecież byłam w lutym nad morzem.

Jesteś nieźle pokręcona. Czy w Alpach latem też życzy się śniegu? Czy widoków? Nie wiem, bo nie znam nikogo, kto jeździ latem w Alpy.

Złamanej nogi.

Nogi w gipsie, ponieważ na pewno będziesz jeździć na nartach.

Na pewno nie. Wiesz, chciałabym Alkowi pokazać te góry. Byliśmy w kwietniu w Tatrach i zakochałam się w naszych polskich górach. Szliśmy do Morskiego Oka, 9km w jedną stronę na piechotę. Dopiero w drodze powrotnej, na siódmym kilometrze, nogi zaczęły go boleć. Lubię czynny wypoczynek. Nad morzem to jest takie leżenie plackiem, a w górach człowiek zmuszony jest łazić.

To wypoczywajcie w tych górach.

Mam nadzieję, że nareszcie trochę odpocznę.

Rozmawiała: Nina Terentiew