Przy swojej pierwszej solowej płycie pracowałaś z Rafałem Paczkowskim, który całość produkował i aranżował. Czy nowa płyta jest już totalnie Twoim dziełem?

Wiedziałam, że nie chcę robić takiej płyty jak „Love”, że chcę zrobić płytę bardziej prawdziwą, bo „Love” nie do końca przedstawiała mnie jako mnie. Mój wokal był za bardzo wypieszczony, to wszystko było za gładkie, za piękne. Chciałam nagrywać tę płytę z Leszkiem, bo przez ostatnie półtora roku poczynił olbrzymie postępy. Początkowo miałam plany zrobienia płyty na Zachodzie, ale nikt nie potrafił wpasować się w mój klimat i przedstawić mnie tak jak ja bym tego chciała. W grę wchodziły takie nazwiska jak Rupert Hine, czy Dave Steward, ale też olbrzymie pieniądze, a ja nie miałam niestety kontraktu płytowego, wciąż miałam tylko „publishing contract”. Ostatnio był pomysł abym zrobiła nagrania z Philem Tennandtem, który może być znany ze współpracy z zespołem Waterboys. Poznaliśmy się, było kilka miłych spotkań. Całe jego mieszkanie było obwieszone zdjęciami Presleya. 10 par butów kowbojskich, zainteresowanie głównie muzyką folkową, po tych spotkaniach wiedziałam, że to nie jest to czego szukam.
Ponad półtora roku szwendałam się po Zachodzie i tak rozżalona tym wszystkim postanowiłam wziąć rzeczy w swoje ręce. Już kiedy pisałam numery, wiedziałam co chcę w nich usłyszeć. Oczywiście olbrzymi wkład w prace nad płytą mieli moi koledzy z zespołu. Przede wszystkim Michał Grymuza, wniósł powiew naprawdę mocnego i nowoczesnego rocka. Wiedziałam, że nie zostanie ze mną na dłużej, bo już wtedy był związany z Armią. Krzysiek Poliński, który grał na bębnach związany jest ze mną już od Holloee Poloy. Radek Zagajewski, basmen, bardzo zdolny koleś, bardzo młody – 20 lat, myślę, że to jest moje odkrycie, życzyłabym sobie, aby więcej takich muzyków było w kraju. Bardzo śladowe ilości klawiszy, hammond, dobarwienie gitar, to zrobił Krzysiek Palczewski. On nie pojedzie z nami w trasę, biorę drugiego gitarzystę –Piotrka Szewczenkę, bo muzyka zrobiła się bardzo riffów.

Czy zespól pracował pod Twoje dyktando, czy wraz z Tobą tworzył muzykę?

Ja przynosiłam pomysły na numery, ale Oni oczywiście wraz ze mną nad nimi pracowali. Ich wkład jest bardzo duży. Ostateczną formę zatwierdzałam oczywiście ja. Czuje się więc odpowiedzialna za tę płytę w sensie produkcyjnym i aranżacyjnym.

Na tej płycie znajdziemy właściwie wyłącznie polskie teksty, a te są przepojone bólem, rozterkami, czy takie jest Twoje życie?

Tak, takie jest moje życie. Jest ono jak sinusoida o dużej amplitudzie. Duży ból i duże szczęście... osobowość prawdopodobnie histeryczna. Wszystko robię z wielkim sercem. Jak się cieszę, to cieszę się totalnie, jak się dołuję…
Bardzo się bałam pisania tekstów po polsku. Obawiałam się, że nie okaże się dobrą tekściarką. Zawsze była dla mnie najważniejsza muzyka. Teksty angielskie mówiły o czymś, istniały, ale zawsze najlepiej czułam muzykę. Pierwszy tekst jaki powstał, to tekst do numeru „Koziorożec”. Przyniosłam go na próbę, zaśpiewałam chłopakom i wszyscy stwierdzili, że to jest lepsze niż po angielsku. To był bodziec do tego, żeby spróbować pisać po polsku. Na początku na płycie miało być sześć tekstów po polsku, potem się robił siódmy numer, ósmy, dziewiąty... Ktoś mnie kiedyś spytał czy jestem poetką. W takiej muzyce jak moja, nie ma miejsca na coś takiego jak poezja. Pisząc teksty używam bardzo potocznych sformułowań, takiego języka, jakim posługuje się na co dzień. Więcej nie potrafiłabym zrobić. Cała ta płyta to jestem ja, taka jaka jestem dzisiaj, to jest Bartosiewicz 1994. Wszystkie teksty wypływają z jakiś moich doświadczeń.

Czyli polskie teksty nie są chwytem komercyjnym.

Absolutnie teksty nie są chwytem komercyjnym. Nawet w numerze „Urodziny”, który jest piosenką okazyjną. Najpierw powstał angielski tekst do tego utworu ‘Today is My Birthday”. Pierwszy raz mi się zdarzyło zestawić taki sam tekst polski, co angielski. Zazwyczaj moje teksty polskie różnią się od angielskich nawet tematyką. Na kasecie będzie tylko 9 piosenek, w tym tylko jedna po angielsku „Angel”, zaś na kompakcie są trzy bonusy, w tym dwa po angielsku, jeden po polsku i tu ciekawostka – Janis Joplin „Move Over” w bardzo przenikliwej, psychodelicznej wersji, rozrywającej serce, rozrywającej wnętrzności. I to jest jedyny numer na płycie, którego ja nie napisałam.

Gdyby kilka tygodni temu zaproponowano Ci występ na Woodstock...

Uciekłabym natychmiast do Stanów. Po obejrzeniu całego Woodstock wiele rzeczy zrozumiałam. Wiadomo, że nie można było oglądać tego festiwalu z nastawieniem, że będzie kalką Woodstock 69. Czas poszedł 25 lat do przodu, ludzie zamiast koralików we włosach noszą tatuaże na rękach. Zamiast śpiewać o miłości, śpiewają o nienawiści. Takie jest nasze życie teraz, szybkie, agresywne i niebezpieczne. Chociaż kocham tamten Woodstock, nawet sekundy bym się nie zastanawiała.

Jaka więc jest Twoja nowa płyta „Sen”, z kwiatem we włosach, czy z tatuażem na ramieniu?

Nawet jeden z utworów nosi tytuł „Tatuaż”. Myślę, że jest to płyta bardzo nowoczesna. Pomimo że lubię muzykę lat 60-tych, 70-tych, nigdy muzycznie nie odwoływałam się do tamtych czasów. Nie chcę grać jak oni wtedy. Żyję w tych czasach, a nie innych. Wiele razy wątpiono w to, że jestem wokalistką rockową. Jest to zdecydowanie płyta rockowa, choć słychać na niej wpływ różnych gatunków, dzięki czemu tej muzyki nie można do końca zaszufladkować.

Rozmawiał: Tomasz Żąda