Zacznę od tego, że zdradzę pewną tajemnicę: Edyta Bartosiewicz uchodzi ostatnio wśród dziennikarzy za postrach. Uparcie egzekwuje autoryzacje swoich wywiadów, w trakcie nich dużo przerabia, a czasopismom, które w przeszłości potraktowały kontakt z nią zbyt lekko, po prostu nie chce udzielać wypowiedzi. Prawdę powiedziawszy nie dziwię się jej, ale… wielu się dziwi.

Właśnie od tych bojów z dziennikarzami zacząłem rozmowę z Edytą. „Było mi strasznie przykro. Zostały uwypuklone rzeczy, które nie są dla mnie ważne. Wiele tematów już było nieaktualnych” – tak tłumaczyła, dlaczego rozsierdził ją niedawno wywiad, który zrobiła z nią wysłanniczka pewnego pisma kobiecego. Autoryzacja w ogóle nie została wzięta pod uwagę… „Bardzo wiele wywiadów zmieniam w autoryzacji, poważnie podchodzę do wszelkiego rodzaju artykułów na swój temat, muszę się dobrze czuć z energią takiego tekstu. Może czasami chodzi po prostu o to, co jest pomiędzy słowami…

A jeśli chodzi o to, co działo się pomiędzy słowami mojego z nią wywiadu, to było tego całkiem sporo. Rozmowa odbywała się w domu Edyty, więc miałem okazję zwiedzić jej ładne, nowocześnie urządzone mieszkanie, przyjrzeć się jej kolekcji gitar (elektryczne: dwa Gibsony, w tym jeden Les Paul, akustyczne: podróbka Ovation i prawdziwa Seagull), a także poobserwować, jak zajmuje się swoim siedmioletnim synem Aleksym, który w przesympatyczny sposób co chwila próbował wciągnąć ją do swoich zabaw.

Z wywiadu, który niedawno ukazał się w reklamowym „PolyNews” (i który, jak zaznaczyła, autoryzowała) można się było dowiedzieć, że jej – właśnie wydana – „płyta „Wodospady” jest… zdecydowanie najbliższa „Dziecka” – to kontynuacja kierunku osobistego w mojej twórczości.” Można też było tam poczytać o wyprawie Edyty do Londynu, gdzie spotkała się ze znanym producentem Alem Clayem i poczynała sobie obiecująco… „Zgrywaliśmy singiel promujący „Wodospady” w wersji polskiej i angielskiej” – dorzuciła w czasie naszego spotkania. „Wcześniej w kraju pracowałam nad anglojęzycznymi wersjami innych moich numerów.” Robiła to, bo – jak tajemniczo stwierdziła w tamtej publikacji – „są pewne propozycje.” Ja po rozmowie z nią mogę już to trochę skonkretyzować: otóż dowiedziałem się, iż w początku 1999 roku nasza artystka będzie nagrywała płytę przeznaczoną na zachodni rynek.

Z mieszkania Edyty wyszedłem mając na taśmie dwie godziny rozmowy, w której chwilami pozwalała sobie na tak osobisty ton jak w piosenkach z „Wodospadów”. Jako, że łamy pisma nie są rozciągliwe wybrałem z tego wywiadu-rzeki tylko niektóre jej wypowiedzi. Mam nadzieję, że najbardziej charakterystyczne, ważne.

Oczywiście przed drukiem posłałem to do wglądu artystce. Wierzcie mi, drodzy Czytelnicy, Edyta nie jest taka straszna. Zadowoliła się kosmetycznymi poprawkami.

Edyta nie chciała rozmawiać na temat swojego prywatnego życia, ale powiedziała mi jakiej muzyki słucha w bardzo prywatnych okolicznościach. Podyktowała mi listę kaset, których słuchała najczęściej w czasie swej letniej wyprawy do Norwegii. Oto ona:

1. AC/DC, Back In Black
2. Depeche Mode, Ultra
3. Radiohead, The Bends
4. Madonna, Ray of Light
5. Fleetwood Mac, Rumours i Tusk
6. David Bowie, jakieś dwie
7. Bjork, Homogenic
8. Massive Attack, Protection
9. U2, Zooropa
10. Coś The Pretenders

 

O walce

Dziś rano nagle sobie wyobraziłam siebie bez tego wszystkiego… W wywiadach często podkreśla się moją pozycję. Ale mnie wydaje się, że jest to bardzo złudne. Dzisiaj coś masz, a jutro świat pójdzie do przodu i zostawi cię w tyle. Ludzie szybko zapominają. Są oczywiście oddani fani, ale nic nie jest przesądzone. Rok może dwa lata, masz pozycję, a potem trzeba o nią walczyć… Mam świadomość tego, że wszystko się zmienia. Dzisiaj jest tak, jutro może być inaczej. Trochę się tego boję i może dlatego nie idę w zaparte, nie szaleję i staram się prowadzić uporządkowane życie. Oczywiście, czasami mam swoje odloty. Nie jestem typem totalnego samotnika, uwielbiam wyjść do znajomych, pójść potańczyć do klubu… A nie tak dawno, w lipcu wybrałam się samochodem do Norwegii, bo chciałam zobaczyć fiordy.

O prezencie

Byłoby pięknie, gdybym cały czas mogła się czuć jak obecnie. Przychodzę do domu, biorę gitarę do rąk, układam nowe numery. To jest najpiękniejsza rzecz, jaką dostałam w prezencie od Boga. Osiągam jakiś niesamowity stan po prostu śpiewając sobie i grając. Niektórzy, żeby to poczuć, muszą sięgnąć po narkotyki.

O mistycznym momencie

Teraz jestem sama, bez mężczyzny… Te zmiany w moim życiu osobistym miały bardzo pozytywny wpływ na to, co robię. Na początku chciałam nagrywać płytę jeszcze z mężem, bo mi się z Leszkiem (Kamińskim) bardzo dobrze pracuje – pomimo pewnych zadrażnień, które zawsze pracy towarzyszyły. Ale on powiedział „nie” i teraz jestem mu bardzo wdzięczna za tę zdecydowaną odmowę. Dzięki temu pomyślałam, żeby sprowadzić kogoś z Zachodu. Dochodziły mnie informacje, że nie musi to być takie drogie… To nie znaczy, że nie widziałam w Polsce kogoś, z kim mogłabym pracować. Ale pomyślałam, że nadszedł taki mistyczny moment. Że powinnam spróbować.

O pożywce

Czuję się O.K., bo jestem sama ze sobą w zgodzie. W przeszłości nie zrobiłam niczego, do czego musiałabym się zmusić. Nie twierdzę, że non stop czuję się super. Ale wielu ludzi na tym świecie robi coś na siłę. Bez pasji... Chciałam wydać płytę dopiero w następnym roku. Nie spieszyłam się. Chciałam mieć dużo czasu i uważałam, że ludzie powinni dłużej ode mnie odpocząć… Ale pojawiły się plany międzynarodowego projektu. Jeśli do tego wszystkiego dojdzie, zacznie się totalny amok. Dlatego też zdecydowałam się nagrać „Wodospady” i… było to szalone przedsięwzięcie. Mnóstwo pracy. Zresztą od roku właściwie jestem w studiu. Ale nie narzekam. Kocham to. To jest moja pożywka…

O baniu się

Myślałam, że przyjedzie ktoś z kim nie będzie specjalnego kontaktu. Ktoś, kto po prostu będzie robił, co do niego należy. Rafe (McKenna, producent muzyczny i realizator „Wodospadów”) nie znał wcześniej moich nagrań. Tyle, że przed przyjazdem do Polski znalazł mnie w internecie, ale tam wszystko było po polsku… Z tego co wiem, w Londynie mówiono mu o mnie dobrze. I zachęciło go, że w planach jest międzynarodowy projekt. Dopiero Staszek (Trzciński, PolyGram Polska), który odebrał go z lotniska, puścił mu w samochodzie moje numery. I wpadli do mnie tego pierwszego wieczora na piwko. Rafe był strasznie zmęczony, ja też nie najlepiej się czułam. Myślę, że wtedy baliśmy się siebie nawzajem… Jednak nie pamiętam, żeby się stało coś złego pierwszego dnia w studiu. Facet był mocno zaskoczony poziomem muzyków… A potem bardzo mnie zachęcał do grania moich gitar… Mówił, że mam z palca – bo nie używam kostki – ciekawy, ciepły sound. I żebym tylko się nie bała. A ja nie byłam i chyba nadal nie jestem pewna mojej gry na gitarze. Ale jeżeli Rafe tak mówił, to zaczęłam nagrywać coraz więcej gitar na albumie.

O czymś przyjemnym

Ten materiał mógł być o wiele ostrzejszy. Przez ostatni rok układałam też mocniejsze numery. Rafe jakoś tak zrealizował gitary, że brzmienie stało się okrągłe, nasycone… Powiedziałabym, że płyta brzmi czasem szorstko, ale elegancko. Pierwszym numerem, który zgraliśmy, była „Mandarynka”. Pamiętam, że poszliśmy z kasetą do samochodu, żeby posłuchać jak to brzmi z magnetofonu, z takiego bździdła… Wtedy okazało się, że bas jest przewalony… Porównywaliśmy to z „Ultrą” Depeche Mode – śmieszne: dzięki mnie poznał tę płytę. Tam właśnie jest dużo basu, z tym, że jego jakość jest zupełnie inna… I zgrywaliśmy „Mandarynkę” jeszcze raz. Potem już nie cackaliśmy się, bo mieliśmy mało czasu. Pracowaliśmy bardzo intensywnie nad tą płytą i było to naprawdę przyjemne. W ogóle nie czułam zmęczenia. To na pewno nie było wyrobnictwo.

O podejściu

Ta płyta podoba mi się. Często jej słucham. A nie słuchałam żadnej z moich poprzednich, bo zawsze coś mi się tam nie podobało… Na „Wodospadach” jest taki powiew czegoś, czego u mnie jeszcze nie było. Powiedziałabym, że muzycznie jest to o wiele dojrzalsze od tego co robiłam do tej pory. Choćby taka „Mandarynka”. Rafał Paczkowski ładnie powiedział: jazzujący numer o wymiarze popowym. W „Dlaczego nie mówisz nic?” też jest coś nowego, jak na przykład mówione partie czy słodkie chórki w stylu lat 70-tych. „Siedem mórz, siedem lądów” to również coś bardzo świeżego – te klawisze przepuszczone przez specjalny efekt. Mistyczny, wręcz religijny numer… Bębny są tu mocno skomprymowane i brzmią jak swoisty loop. Krzysiu Poliński specjalizuje się w graniu żywych loopów (śmiech). Zupełnie inny sound, inna przestrzeń… Ta płyta to już nie jest tak bardzo gitarowa muzyka.

O interpretacji

Mam doświadczenie z poprzednich moich płyt, że ludzie bardzo różnie interpretują moje teksty. Mnie to nie przeszkadza. Nawet mi się podoba… Fakt, że teksty z „Wodospadów” są bardzo intymne. Ale nie poznasz z nich mojego życia w szczegółach. Poznasz moje stany. Dowiesz się, jak odbieram różne rzeczy, jakie jest moje spojrzenie…

O wrażliwości

Czasami bardzo szczerze wyrażam swoje opinie. Przez tę szczerość nieźle mi się obrywa, ale czasem dzięki niej wygrywam. Jeśli nawet zrobiłam komuś jakąś przykrość, to tego nie chciałam. Musiała to być totalna niezręczność… Jestem bardzo wrażliwa, bardzo łatwo mnie dotknąć. Nie mam twardej skóry. Myślę, że to wszystko oddaję potem w moich tekstach.

O pieniądzach

Mnie też powiedzieli, że sytuacja jest zła. Co mogę zrobić? Podobno już pokazywali moje pirackie płyty w TV… Budżet nagraniowy był duży – zagraniczny producent, wyjazdy… Na pewno jest ciężki moment. W ogóle w Europie jest recesja… Rafe mówi mi, że w Londynie jest tak samo jak u nas. Mniej płyt się nagrywa, jest zastój. Pomyślałam, że głupio byłoby nie mieć pieniędzy. Nie mam innych dochodów poza muzyką, nic innego nie potrafię robić.

O Madonnie i nie tylko

Wśród takich ludzi, którzy są wielcy i których płyty sprzedają się non stop, jest Madonna. Ona dużo pracuje. Jest niesamowicie konsekwentna. To nie jest ktoś, komu się udało niechcący. Dla mnie jest takim kameleonem dbającym o każdy szczegół. Jeżeli ma jeździć na koniu, to będzie jeździła jak Wołodyjowski. Jest strasznie ambitna. Są oczywiście naturalne ograniczenia. Ma taki, a nie inny głos. Ale ten jej numer z ostatniej płyty, „Substitute For Love”, jest genialny… Madonna jest zawsze na czasie. Ma taką zwierzęcą intuicję do tego co robi. Ma dobrych doradców i niezły gust. Ona jest jak dobry kreator mody. Wyłapuje wszystkie nowinki i kumuluje je w sobie samej. Umie to robić w przyswajalny sposób. Naprawdę. I to jest bardzo ważne. Na przykład Bjork nie dotrze do tak szerokiego odbiorcy, jak ona. Madonna umie podać te wszystkie nowinki muzyczne, w taki sposób, że otwiera drogę muzyce mniej komercyjnej. Patrz – jej współpraca z producentem i artystą Williamem Orbitem… I ja nawet zastanawiałam się czy coś takiego jest możliwe u nas. Oczywiście nie jestem Madonną, nie robię takiej muzyki i jestem zupełnie inna kobietą. Chciałabym, żeby moja pozycja opierała się na prawdziwości przekazu. Żeby każdy wiedział, że jest taka Bartosiewicz i gdy posłucha się jej numerów, można poczuć się trochę lepiej.

O plotkach

Nigdy nie chciałam być na okładce „Halo” czy „Życia na gorąco”. Cieszę się, że te pisma nie interesują się moją osobą. Jestem typem człowieka, który nie budzi sensacji. Pracusiem, który siedzi w swojej samotni. I to jest fajne… Ale oczywiście lubię dowiadywać się różnych rzeczy o innych… Gdy byłam ostatnio w Londynie, to słyszałam plotki o Philu Collinsie czy o facecie z Simply Red. Jednak tego nie przyjęłam. Dopóki sama czegoś nie poczuję – nie uwierzę… O mnie też czasami mówi się niefajnie. Znam taką dziewczynę z Katowic, która pisze mi co dzieciaki w jej szkole mówią na mój temat… Nie będę tego powtarzać w wywiadzie. A jest to tak strasznie smutne. Takie przykre brednie.

O poziomie

We współpracy z firmą zaznaczyłam swój teren, na który nikomu nie pozwalam wchodzić. A z drugiej strony – respektowałam oczekiwania wytwórni, wywiązywałam się na czas. Wolą zostawić mnie w spokoju, zaufać mi kolejny raz. Oczywiście pokazałam im demo. Bo nie jest tak, że chcę robić coś sama, w oderwaniu… Potrzebuję, żeby ktoś mi coś powiedział… Ale wydaje mi się, że przede wszystkim polega to na tym, że robię swoje. Gdzie bym nie poszła – będę swoje robić. Będę tą samą Edytą Bartosiewicz. Chcę utrzymać poziom i czuć, że ludzie są zainteresowani moją muzyką. To jest bardzo napędzające. Bo sama dla siebie to mogę w domu śpiewać przy gitarze. A jak nagrywam płytę – to już po to, żeby ją gdzieś pokazać.

O sile

Oczywiście często wygrywają ludzie nastawieni na karierę, dwulicowi. Wygrywają różnymi trickami. Szczególnie teraz jest dla nich sprzyjający moment. A ci wszyscy wrażliwcy zostają w tyle… Ci, którzy za bardzo przejmują się tym, co im się powie. Też jestem taka. Ale mnie daje siłę to, co robię. Ta pasja. No i pewnie dlatego nie można mi dopieprzyć tak do końca. Nie można powiedzieć, że jestem leniem i beztalenciem czy jakąś laską, która załatwia sobie wszystko swoim tyłkiem. I to jest komfort.

O spokoju

Naprawę czuję, że to co najfajniejsze w moim życiu, dopiero się stanie. I muzycznie dopiero zaczynam. Może dlatego jestem taka spokojna. A potrzebuję tego spokoju…